Całe szczęście że udało mi się wyrwać z miasta na te 10 dni bo czułem, że co raz bardziej nienawidzę tego miejsca i ludzie zaczęli mnie mocno irytować. Wyjazd pozwolił mi na totalne nie robienie nic. Leżałem na tarasie opalając się i słuchając muzyki. Jednak po powrocie do domu rytm dnia przyspieszył tak bardzo, że zaczęło mi brakować czasu na wszystko. Mój schemat dnia i życia wyglądał bardzo prosto: praca, dom, praca, dom. Teraz odchorowuję.