Wpisy z okresu: 1.2012

KEITH

Brak komentarzy

Pani doktor spojrzała, opatrzyła, osłuchała i powiedziała: biopsja. Jak narazie nic nie widzi ale coś jej się nie spodobało i zdecydowała się pobrać kawałeczek mnie do dalszego tym razem mikroskopowego badania. Wyniki za jakies 10 dni a może i później. Wzruszyłem ramionami i podziękowałem. Nie ma to jak mieć wewnętrzne poczucie satysfakcji, że właśnie zostawiam cząstkę siebie dla dobra nauki. Czy martwię się co dalej? Nie szczególnie. Co ma być to będzie. Przecież nie usiądę i nie zapłaczę się na śmierć. Nie ma to jak mieć wpisane w papierach przyczyna zgonu: śmierć przez łzy. Chyba muszę być już nieźlle pogodzony ze swoją sytuacją skoro humor mnie nie opuszcza a i stawiam sobie kolejne wyzwania. No może już nie tak wielkie jak marzenia z dzieciństwa ale zawsze coś. coś do czego się zmierza i coś dzięki czemu wiem że mnie trzyma. Niekoniecznie przy życiu ale w jednej całości. 

Nie specjalnie mi się spieszy z planowaniem wakacji a to z uwagi nadmiaru pracy oraz zaciągniętych zobowiązań w kilku obszarach mojego życia. Przede mną kolejne wizyty w szpitalu i powoli zaczynam się utwierdzać w przekonaniu że skoro operacje przeżyłem przeżyje i więcej. Ciekawe ile jeszcze i co dalej. Trudno powiedzieć co się jeszcz stanie ale wiem na pewno że większość idzie w dobrym kierunku. Ostatnio nawet pozwalam sobie na odrobinę humoru i uśmiechu. Pani K. zapytała mnie czy pojadę do FW na romatyczny weekend we dwoje a ja na to że najpierw trzeba mieć z kim, żeby planować dla dwojga. Chyba nie zaskoczyła ponieważ przeniosła się na inne miejsca. Bywa nie bywa ale nie zamierzam już więcej tłumaczyć.

W pracy zatrzymało mnie niedomaganie koleżanki przez którą to rozdzielono godziny pracy, wydłużając tym samym mój pobyt w pracy. Niby nic wielkiego a jednak trwa to już kolejny dzień z rzędu. Wszystko ma swój cel i zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Z utęsknieniem czekam na kilka dni wolnego by zregenerować swój organizm i naładować baterie. Tylko jakoś nie mogę znaleźć gniazdka.

Zajęło mi dobrych kilka dni powrotu do tak zwanej normalności i znowu coś nowego. Na sali operacyjnej traktowanie z najwyższymi honorami. Dużo uśmiechów i serdeczności. Na odchodne… do zobaczenia niebawem. Ciekawe a wręcz bardzo intrygujące. Dochodzę do wniosku że wolę żeby było jak jest niż coś jeszcze ma się zwalić na głowę. Cztery ściany, mój świat, moja przestrzeń i dni, które może i są policzone. Policzone, ale moje.

Wiedziałem od początku jak to się wszystko skończy. Starałem i nadal siebie oszukuje że jest i będzie inaczej chociaż i tak wiem co będzie dalej. Gdybym żałował tego co się stało nie było by mnie dzisiaj tu gdzie jestem. I nie chodzi o geografię ale o etap życia i osiągniecia których dokonałem. 

Nie tak dawno miałem rozmowę z Panem L. któremu powiedziałem, że nie wiem ile mi jeszcze pozostało ale chcę się cieszyć tym co mam zachowując w sercu to co jest dla mnie najcenniejsze i radować się tym, co przynosi mi każdy dzień. I choć zdaję sobie sprawę że nie zawsze wygląda to dla obserwatora optymistycznie, dla mnie właśnie takie jest. Nie chcę nic zmieniać. Przynajmniej narazie. To że nie podskakuję z radości nie znaczy że się nie cieszę. Fakt że nie uśmiecham się często nie znaczy żę nie uśmiecham się w środku. Rzecz w tym że moja definicja szczęścia znacznie się różni od tego co ludzie chcieli by widzieć we mnie. Ja wolę widzieć siebie w lustrzanym odbiciu i wiedzieć że to wciąż jestem ja. Moje marzenia, radości i sukcesy dzięki którym wiem że wciąż żyję.

2012

Brak komentarzy

Fajerwerki trway piętnaście minut. Niezwykłe widowisko tuż w pierwszym rzędzie. Po powrocie do domu największą atrakcją i tak było łóżko do którego tęsknoty nie da się opisać a na którego widok wprost nie posiadałem się z radości. Oczywiście sztuczne ognie wystrzeliwane były jeszcze przez kilka następnych godzin. Zasnąłem w dobrym nastroju i jeszcze lepszym się opbudziłem. Dobre nastawienie na nowy początek roku.


  • RSS