Wpisy z okresu: 11.2010

BROKEN CLOUD

Brak komentarzy

Wszystko zaczęło się od spojrzenia i uśmiechu. Teraz gdy spoglądam w lustro widzę tę samą twarz ale jakby nieco odmienioną. Bardziej dojrzałą. Doświadczoną. I jakby zatroskaną. 

Za oknem uporczywie sypie śnieg i tylko wyjście do pracy lub dokonanie koniecznych sprawunków zmusza do wyjścia z domu. Ktoś się mnie zapytał gdzie jest mój dom. Odpowiedziałem że jest tam, gdzie ja jestem. 

Od rana sypie śnieg. Za cztery tygodnie święta. A w sercu wciąż ten sam niepokój.

Przez szumdrzew,
Przez cień chmur,
Jesień chłodem z gwiazd wygarnął
Dzikich gęsi sznur,
I znów deszcz
I znów wiatr
Zawstydzają zieleń liści
Tęczą ciepłych barw

 

Tak musi być
Choć trochę mi żal

Znów po zimie przyjdzie wiosna

Znowu będzie maj

Bo tak musi być

Po nocy jest dzień

Każda zła i dobra chwila

Kiedyś kończy się

Jest jak jest,

Los dał ile chciał

Obym tylko wiarę w cuda

Aż do końca miał

Któryś wiatr

Zabierze i mnie

Chciałbym godnie świat zostawić

Chociaż boję się

Tak musi być

Choć trochę mi żal

Znów po zimie przyjdzie wiosna

Znowu będzie maj

Bo tak musi być

Po nocy jest dzień

Każda zła i dobra chwila

Kiedyś kończy się.’

 

Cały czas powracam myślami do tamtego wieczoru i do poranka który zmienił moje życie. Informacja że ciebie już nie ma i to, że teraz muszę iść tą drogą sam. Chciałbym ci tyle powiedzieć i prosić byś zabrał mnie z sobą. Zbyt wiele próśb jak do jednego człowieka.

Nie wiem co bardziej boli. Moje obecne życie czy to, że już ciebie nie ma przy mnie. Ile to już lat? Biegnie trzynasty rok bez ciebie. Jutro się obudzę z myślą że kogoś w moim życiu zabrakło. Mam nadzieję że jest ci dobrze tam gdzie jesteś. Na chmurce, w niebie czy dalej tu, na ziemi jako istota świetlista. Brak mi słów, powietrza i… ciebie choć wiem, że to właśnie Ty podarowałeś mi moje ‚nowe życie’. Rocznica niby jak każda inna ale jakby nie ta sama. Coś się zmienia choć jedno jest niezmienne. Wciąż tęsknię za tobą i obraz jak żywy mam w pamięci, ostatnie nasze spotkanie. I krótkie: żegnaj, na dobranoc.

LEONIDY

Brak komentarzy

W zagubieniu odnajduję to czego dostrzeżenie w zgiełku dnia codziennego jest niemożliwe. Satysfakcja przeplata się z nadzieją a tuż za nią stoi lęk i smutek w oczekiwaniu na najmniejsze potknięcie. Wszystko co mam jest częścią mnie. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację w której cząstka mnie odchodzi w swoją stronę. Może dlatego tak trudno mi się pogodzić z nieustannie biegnącym czasem i zmianami, których odcisk znajduję na mojej twarzy.

Utul mnie w ramionach. Proszę.

Lufa porterówki no może więcej niż 3. Chęć zatopienia tęsknoty i znieczulenie przed pójściem spać. Zakończenie tygodnia i zostawienie całego stresu na dnie szklaneczki. Jeszcze tylko prysznic i ciepła kołderka. I wciąż ta sama chęć nieobudzenia się jutro rano.

Uciekam w pracę by nie myśleć o problemach. Z zajętą głową łatwiej mi stawić czoła światu. Przynajmniej nie mam poczucia totalnej porażki przy konfrontowaniu się z tym co trudne do przejścia. A przede mną wciąż rozpościera się horyzont dalszej wędrówki.

Żeby poniżyć trzeba wiedzieć po co się to robi. Oszukiwanie siebie i innych wmawiając lepsze życie wywołuje we mnie paniczny strach nie tyle o mnie ale o osobę która wypowiada kalumnie. Wciąż za mało by żyć i zbyt wiele by umrzeć. 


  • RSS