Wpisy z okresu: 6.2009

Wciąż się przyłapuję że dopuszczam do siebie myśl: nie tak miało być. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Odczuwam coraz większą frustrację pracą którą wykonuje a może raczej miejsce w którym pracuję. Doskonale zdaję sobie sprawę że dzięki niej mam przynajmniej pieniądze na czynsz, jedzenie i parę innych rzeczy. Mimo wszystko jednak czuję się jak w potrzasku. Chwilami brakuje mi przestrzeni, powietrza i z każdym ruchem odczuwam większy ból.
Dorosłość mnie przerasta w jakiś sposób. Nie dopuszczałem do siebie myśli że dorosły, osoba samotna musi dbać o swoje emocje i o to w jaki sposób przeżywa. Czasami trzeba się przytulić. Jednak jak trudno jest to zrobić do samego siebie? Do kogoś, kogo się ciągle poznaje. Chciałbym wierzyć że nadejdzie jeszcze taki dzień gdzie wszystko stanie się prostrze. Dzień nie będzie zaczynał się od spoglądania na zegarek a noc kolejną łzą spływającą po policzku znajdującą ukojenie na miękkiej poduszcze. Co jeśli taki dzień nadejdzie? Czy sprawi że na powrót będę szczęśliwy? Nie mogę cofnąć czasu. Więc chyba nawet to nie ożywi to, co dawno już we mnie umarło.

Listonosz przyniósł pierwsze rachunki. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt że wszystkie wystawione są na moje imię i nazwisko. Stały się pewnego rodzaju pieczęcią podsumowującą sytuację pewnego stanu posiadania. Mój własny kąt. Jestem bardziej spokojny. Teraz tylko kolejna zmiana pracy i pełnia szczęścia.
Po dwóch dniach wolnego jutro powrót do pracy. Ciekawi mnie plan na kolejne tygodnie. Zastanawiam się jak bardzo zmienił się grafik podczas mojej nieobecności. Nawet nie mam już siły na zamartwianie się ilością godzin. Mam jednak nadzieję że przynajmniej nie zejdę z wypłatą poniżej średniej. Przedemną kolejne zakupy. A pieniążki z nieba nie spadają. Czuję się jak dziecko zgłębiając tajniki zarządzania portfelem. Bawi mnie to na swój sposób. Prywatna szkoła biznesu i jakże indywidualna. Przynajmniej się uśmiecham. Trochę przez zaciśnięte zęby ale jednak.

Pamięci JM.

Świat pędzi do przodu. Każda chwila kręci się wokół mnie stwarzając poczucie, że to Ja stoję w miejscu. Zaryglowane drzwi do mojego wnętrza tworzą dźwiękoszczelną ścianę przez którą nie może się przedostać głośny krzyk duszy. Chwilami czuję się jak osoba niepelnosprawna. Chciałbym coś powiedzieć jednak żadne słowo nie ma odzwierciedlenia w dźwięku. Chcąc dotknąć nie mogę poruszyć ciałem. Patrzę na ludzi mówiących coś do mnie nie słysząc jednak niczego. Zamknięty w potrzasku niczym zwierzyna łowna. Dzwiękoszczelna klatka. Z za szyby podziwiam świat. Zastanawiam się czy autyzm w moim wieku jest możliwy. Nic nie jest moje. Nawet moje ciało opanowane jest przez chorobę. Ziejący ode mnie chłód emocjonalny mrozi mi serce. Może sprawi, że przestanie bić.

„Każdy nowy dzień jest kwiatem, który zakwita w naszych rękach. Tam, gdzie się kocha, nigdy nie zapada noc”.
Mieliśmy się spotkać. Ten ostatni raz mimo iż wiedziałem, że ten ostatni był wtedy, gdy jak nigdy od tylu lat, przyjechałem z kwiatami. Obydwoje wiedzieliśmy. Uśmiechała się Pani mówiąc, że dobry Bóg ma już swoje plany.
Wiedziała Pani prawda? Mam nadzieję że dobrze jest Pani tam, w niebie.
15 stycznia 2009 r.

Łykanie kolejnych lekarstw wprawia mnie w zadumę iż niedługo zacznie mi brakować dnia na zażycie wszystkich pastylek które mają mi pomóc. Znów źle się czuję. Przesypiam każdą wolną chwilę dnia. Jedynie w pracy jakoś na chwilę się wybudzam z tego letargu. Nie chcę myśleć o przyszłości. Przeraża mnie perspektywa bezsilności i niepewność co dalej.

Nie na darmo mówi się że  oddychanie jest sztuką. Trudno je zrozumieć i jeszcze trudniej zatrzymać. Nie po raz pierwszy nie wiem jak wstrzymać oddech. Pragnienie śmierci jest silniejsze od woli życia.

Siedzę i słucham muzyki. Czekam na podłączenie Internetu. Podobno ma to zająć jeszcze tydzień.Odpoczywam po długim dniu pracy i po przeprowadzce. Jeszcze wiele spraw organizacyjnych przede mną. Nie wiem czy starczy mi na to wszystko sił. Czasami wydaje mi się że dwa razy dwa wcale nie równa się dwa. Miało być lepiej. Miało być prościej. Wcale nie czuję się aż tak bardzo szczęśliwy. Nawet przekleństwa nie robią już na mnie większego wrażenia. Chciałbym odejść ale dokąd? Wszędzie to samo. Ten sam czas. Wspomnienia. Troski. I ten znajomy cień. Mój cień przed którym nigdy nie ucieknę. Jestem u kresu sił. O jeden maraton za dużo. Już nie te lata. Nie te siły i nie te czasy kiedy to życie było prostsze. Lampka wina i papieros w dłoni. Zadymianie rzeczywistości papierosem przypominało czarowanie magiczną różdżką dzięki której znikały problemy. A przynajmniej nie było ich widać. Chwilowa ulga od codzienności. Rozpaczliwie szukam siebie. Im bardziej szukam tym mniej siebie dostrzegam. Zbyt bardzo siebie kocham by siebie stracić. Ale moje przekonanie o śmierci daje raczej obraz zespolenia aniżeli opuszczenia. Miało być inaczej. Inaczej. Zastanawia mnie skąd się wzięła we mnie taka siła autodestrukcji i brak woli życia. Obojętność zagościła we mnie na dobre. Staram się odnosić do ludzi z szacunkiem w zasadzie nie oczekując nic w zamian. Czasami jest to trudne ale podejście w stylu i tak mnie to za bardzo obchodzi wprawia mnie w spokojne przechodzenie obok tego czego w zasadzie nie mogę zmienić. Trochę się stresuję przed kolejną wizytą u lekarza. Kolejne badania. Kolejne niepewne noce. Węzły chłonne czasami pobolewają mnie dosyć mocno. Mam problemy z koncentracją uwagi i uczucie ogólnego rozbicia. Lekarz powiedział że nie jest to powód do zmartwienia bo to zwykła reakcja na stres oraz brak odpoczynku. Życie na wysokich obrotach odbija się na organizmie. Chwilami mam wrażenie że kolejna butelka wina powinna załatwić wszystkie problemy. Niestety budzę się w nocy tak zamroczony a rano tak zmęczony iż chowam się pod kołdrą przed całym światem. O mój Boże!!! Nie chcę już żyć. Nie radzę sobie z życiem. Nie mogę odzyskać kontroli nad swoim zdrowiem. I te cholerne komórki które się rozpadają i wyniszczają mnie od środka. Gdzie jesteś? Jeśli nie możesz mnie uzdrowić to zabierz mnie stąd. Nie chcę zostać żadnym świętym a tym bardziej męczennikiem. Chwilami tak źle się czuję że mam ochotę skończyć ze sobą. Wtedy jednak jestem za słaby fizycznie by to zrobić. Może się jednak wybiorę nad klif samobójców. Wielu tam dotarło i niewielu powróciło. Jakaś optymistyczna myśl w całym tym bałaganie. Muszę odpocząć. Jestem już bardzo zmęczony. 

Rozmawiałem z lekarzem. Nie powiedział wprost ale nie jest za dobrze. Mam dosyć złe wyniki. Muszę jeszcze przejść kolejne badania i wtedy będzie wiadomo na pewno. Mam już dosyć słuchania że wszystko będzie dobrze. Nie jest i wątpliwym się wydaje by było.


  • RSS