Wpisy z okresu: 7.2008

Pracownicy Lufthansy strajkują. Dostał mi się zatem lot United Airlines. Gdy zobaczyłem szczegóły lotu stwierdziłem, że nie chcę zginąć w samolocie. Po dłuższym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że i tak umrę wiec nie ma większego znaczenia czy będzie to rozpędzony U940 czy też łóżko w moich czterech ścianach.
Dzisiaj zachmurzone na poły niebo przypomina o swoim istnieniu. Z reguły nikt nie patrzy tu na niebo gdy świeci słońce. Zauważa je wtedy, gdy z nieba kapie deszcze sącząc swe łzy gdy jest mu źle. Kolejne osoby wyjeżdżają. Kolejne dni nastają. Chwilami wszystko rozgrywa się tak szybko, że trudno mi dostrzec nieustający postęp zmian.
Nie cieszy mnie to, co nie tak całkiem dawno dawało mi radość i spełnienie. Nastał czas wszystkich kolorów. Wszystko jest szare i takie równe. Równowaga staje się dominować w każdej dziedzinie i części mojego życia. Uciekają ode mnie słowa, za pomocą których mógłbym wyartykułować to co czuję. Mam wrażenie, że gubię gdzieś siebie. Że to co tak niedawno było przy mnie, nagle dostało niesamowitej siły i energii by uciec ode mnie jak najdalej. Nie boję się samotności, bo przez większą część życia samotność towarzyszyła mi niesutannie w podróży. Stała się częścią mnie. Z czasem jednak i ona mnie opuściła. Przegrała z wyznawaną przeze mnie wartością: lepiej porzucać niż być porzucanym. Mniej boli. Sam nie wiem.

Pogorszyło się. Czuję się źle.

GRAVITY

1 komentarz

Na atlantyku szaleje tornado, po stronie pacyfiku w Meksyku – czyli u mnie, burza. Piorunami trzaska jak w najlepszym filmie sf.
Zmęczenie odzywa się już na dobre. Ciągle przepakowuję się i dopakowuję. Mam wszystkiego dosyć. Aż mi żal siebie.

Pozostawiam wiele niedokończonych spraw. Już wiem,
że nie zdążę ze wszystkim. Materializm jest względnych w obliczu nieuchwytnej
materii. Dusza chyba ma już wystarczająco sił, by opuścić ciało. Mam tak
potrzaskane wnętrze że aż krwawię i krzyczę bezgłośnie w nadziei, że ktoś mnie
usłyszy i poda pomocną dłoń. Życie już nie jest takie straszne, jak mi się
kiedyś wydawało. Dostrzegam rozwiązania i to się liczy najbardziej. Szkoda
tylko, że trudniej mi przychodzi korzystanie z nich. Wiem że jest to po części
z lenistwa na które sobie mogę już pozwolić. Tak bezszelestnie.

Ostatnie zakupy przed powrotem. Pakowanie, sprawdzanie
i ogólny inwentarz tego, co ma się znaleźć w walizce a co w bagażu podręcznym. Dostałem
sugestie z biura, że mogę wracać na wizie turystycznej, jednak nie za bardzo mi
się ten pomysł podoba z uwagi na fakt, iż na następnym kontrakcie mogą mi
zwrócić pieniądze za bilet albo i… nie. Mając na uwadze ostatnie posunięcia w
kwaterze głównej, wielkie jest prawdopodobieństwo, że raczej nie zwrócą. A jak
nie zwrócą, to taki interes mi się już nie opłaca.

Walka z infekcją gardła powoli odchodzi w
niepamięć dzięki magicznym pastylkom penicyliny. Wrócił mi już głos. Już nie
czuję się jak ryba, która ma głos. Jednak z przerażeniem czytałem  wczorajszego maila od szefa oddziału, że mam
do pracy chodzić na galowo a nie w żadnych swetrach. Grubo przesadził wiedząc,
że moje miejsce pracy w Meksyku przypomina bardziej Antarktydę niż równikowy
klimat. Zobaczymy jak będzie. Czasami mam ochotę rzucić tym wszystkim w jasną
ciasną i wrócić do europy na dobre. Jestem już psychicznie zmęczony poziomem
głupoty pewnego państwa niedaleko którego sobie rezyduję. Nie wiem jak można
być takim ignorantem i bufonem z ekstremalnie małym mózgiem mniejszym od główki
makówki. Skoro jednak są, widocznie metoda klonowania zadomowiła się w tym kraju
na dobre. Kto by pomyślał, że i Ja, jestem za.


  • RSS