Wpisy z okresu: 8.2007

Wczoraj moja szefowa trzymala mnie w pracy do 2 nad ranem. O 6 rano musialem przejsc immigration. O 10.40 mialem wyleciec do Los Angeles. Wszystko szlo zgodnie z planem do momentu, w ktorym dotarlwszy na lotnisko, Pani poinformowala mnie, ze moj lot z Los Angeles wlasnie zostal odwolany. Zaproponowala mi trase do Miami przez Dallas. W Dallas samolot mial opoznienie ponad godzine. W Miami zwial mi ostatni autobus do hotelu. Przylecialem o 23 a w hotelu znalazlem sie po 1 w nocy. Myslalem, ze mnie cos zaleje. Na dodatek zaplacilem 50$ za nadbagaz i 20$ za taksowke.
W Miami spedze 2 dni. Odpoczne troche a w niedziele do pracy. Mam nadzieje sie porzadnie zrelaksowac, bo inaczej chyba oszaleje przez nastepne 2 miesiace. Poki co, sen mnie morzy (?) i glod sie odzywa bo od prawie 2 dni nic nie jadlem bo siedzialem albo caly czas w pracy albo w podrozy. Ide wziac prysznic.

COS

1 komentarz

Jestem prawie spakowany. Deklaracja imigracyjna wypelniona. Walizki rowniez a Ja wciaz zastanawiam sie jak upchnac reszte rzeczy w Pania Wale i Pania Wladzie. Moj podreczny bagaz przypomina biblioteke. W trzy i troche papierw roznych listow i biletow. Dzis musze zrobic check – in on line i wydrukowac boarding pass by szybciej przelejsc odprawe celno – pasportowa. No to na tyle. Przede mna 2 dlugie dni i 3 noce na Florydzie w hotelu. Mam nadzieje, ze jednak bedzie tam internet z ktorego bedzie mozna bezplatnie korzystac. Inaczej chyba sie powiesze, zawisne i zanudze na smierc. Z drugiej jednak strony wiem i czuje, ze odpoczynek jest mi bardzo potrzebny.
Po ostatnich stresach zwiazanych z kupnem biletu i poszukiwaniami noclegu moge troche odetchnac, choc natal mnie trapi podroz na lotnisko. Wiekszosc z wyjezdzajacych ma loty zabukowane albo z Los Angeles albo z San Diego ale o takich godzinach ze moga sobie spokojnie pojsc na spacer, 10 razy zabladzic, 15 znalezc i 25 pieszo dotrzec na lotnisko. A Ja? Mam niecala godzine na dotarcie do niego i przejscie wszystkich kontroli. No ale co tam. Mam w sumie 2 dni na przesiedzenie na lotnisku. Niech zywi nie traca a dziewice zaluja.

Nic nie moze wiecznie trwa. Prawda stara jak swiat. Nastroj mi siadl i nie ma zamiaru wstac. Wczoraj zaczalem sie pakowac. W sumie, niewiele tego jest. Dwa dni temu kupilem bilet. Teraz sie martwie, jak szybko moge przejsc immigration by zdazyc na samolot do Los Angeles. Moja szefowa powiedziala, ze postara sie mi zalatwic, by mnie szybciej odprawiono. Jak narazie nic nie mowi wiec nie wiem co zalatwila.
Jest tako sobie i sobie tak bywa. Mam wrazenie, ze zawislem w jakiejs dziwnej prozni w ktorej oprocz tego ze z natury nic sie nie dzieje, nie dzieje sie nic poza tym. Wydaje mi sie nawet, ze chcac krzyknac, lub nawet wydac glosny dzwiek nagle pojawia sie cisza. Dziwe uczucie czuc, ze tak naprawde nie da sie niczego odczuc a to co sie dzieje tak naprawde nie wiadomo skad bierze swoj poczatek bo nie zanosi sie na jego koniec. Zamknawszy oczy zobaczylem wielka pralke wirnikowa w ktorej wiruje Ja i moje zycie. Doszedlem nawet do wniosku, ze wszystko co ma sens jednak jego nie ma a to co nie ma sensu nagle ma jakies logiczne wytlumaczenie swojego bytu, jestestwa i calosci. Im bardziej zastanawiam sie nad tym, tym bardziej widze to co trudno mi bylo dostrzec w sytuacjach w ktorej kierowalem sie logika. Musze sie odizolowac troche i podumac bo czuje ze zatracam wartosci wpojone mi w dziecinstwie oraz to, czeg sie nauczylem do dnia dzisiejszego. Nie chce zapomniec tego co wzbogaca moja osobowosc a tym samym i mni. Tego co pozwala mi odrozniac jedno od drugiego i tego co sprawia, ze jestem jaki jestem.
Wlasnie sie dowiedzialem, ze moja szefowa nic nie zalatwila. Tak wiec nie pozostaje mi nic innego jak liczyc na cud i dobra wole ochrony na lotnisku by przepuscic mnie przez bramki jak najszybciej. No i kolejny cud do spenienia. Ty Panie Boze ze mna masz. Jak nie jeden cud to drugi i tak w kolo. Dosyc zabawnie to brzmi ale nie z mojej perspektywy, bo nie chce przesiedziec kilkunastu godzin na lotnisku w oczekiwaniu na nastepny samolot. Mam nadzieje, ze sie uda mi zdazyc.

TRIP

Brak komentarzy

Moja szefowa dala mi kwestionariusz w ktorym mam opisac swoja postawe w pracy. Ledwie kilka rubryk a Ja utknalem na pierwszej. Doslownie nie wiem co napisac. Powiedzialem jej, ze oczekuje i oceniam siebie na 4 w skali od 1 do 5. Usmiechnela sie i nie skomentowala. Znajac ja na tyle na ile zdazylem ja poznac wiem, ze nie odpusci mi i ze bede musial cos naskrobac.
Przede mna ostatnie 6 dni. Za 2 dni zaczne sie pakowac na dobre. Wloze do Pani Wali i Pani Wladk to, czego juz nie bede potrzebowal do wylotu. Czekam wlasnie na potwierdzenie rezerwacji biletu lotniczego. Swoja droga, zastanawiam sie ile mnie skasuja. Licze, ze do 200 dolarow powinienem sie zmiescic, choc przesylka paczki kosztowala mnie 140$. A niech to. Zyje sie raz. Zreszta, planowalem ja wyslac, wiec nie ma nad czym rozpaczac.
Po raz kolejny z planow wypoczynku i dobrego snu, nic nie wyjdzie. Musze wstac okolo 7 rano by sie wypacykowac i zebrac do kafejki internetowej, bo moja przepustka wazna jest tylko do godziny 12 w poludnie. Nawet doszedlem do wmniosku, ze godzina mi powinna wystarcyc. Jak wroce pojde cos zjesc a potem do lozeczka. No i jeszcze musze zrobic pranie. Hmmm. Teraz to juz naprawde nie wiem czy zdolam sie wyspac. Mysle, ze cos wykombinuje, bo widze jak bardzo humor mi siada z powodu braku snu.
Powoli bede sie szykowal do lozeczka. Musze nalozyc maseczke na twarz i wypucowac zabki. A za jakies 15 minut… aaa kotki dwa i Kaszpirowski. 3, 2, 1 spac

‚W pewnej dolinie zyla sobie mrowka, ktorej marzeniem bylo zdobyc swiat. Wydostac sie olbrzymich pagorkow i wzniesien odgradzajacych ja od nieznanego. Ktoregos dnia spakowala swoje rzeczy i wyruszyla w droge. Wedrujac nieznanymi jej dotad drozkami zdobywala szczyty prac ciagle do przodu. Mimo licznych zadrapan i uczucia wyczerpania nie poddawala sie wswojej wedrowce. Ktoregos dnia, spotkala na swojej drodze lisc lawendy ktora tak ja urzekl, ze oddala jemu cale swoje serce. Dzwigajac na swoich barkac ciezar, ktory byl zbawieniem dla calego cierpienia i niepokojow o jutro. Dnia pewnego poznym wieczorem odkryla, ze Lawenda odeszla na zawsze. Przystanawszy na dluzsza chwile, we lzach i rozpaczy zdecydowala sie pozostac w miejscu, w ktorym nagle wszystko, co mialo sens, dawalo sile i oparcie – odeszlo. I wtedy dobry Bog, zeslal jej Aniola. Nagle wszystko powoli zaczelo nabierac blasku. Kazdego dnia wstawala by powitac slonce i zlozyc swoj pocalunek na jego delikatnych ustach. Wedrowka rozpoczela sie na nowo. Nowe szczyty, zakrety, trudnosci i poczucie pustki znikaly jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki. I znowu nastalo pozne popoludnie. Aniol powiedzial: Zegnaj. Mrowka oniemiala w swoim zaskoczeniu i pojawila sie niepewnosc. Co dalej bedzie. Rozmyslajac we lzach rzekla: Wszystko mam. Nie potrzebuje juz niczego. Moze czas najwyzszy zakonczyc wedrowke, ktora przyplacala ogromna cena. Przysiadla na przydroznym kamieniu i w cierpieniu szukala ukojenia dla swojej duszy. Po kilkunastu dniach zdecydowala sie isc dalej. Po wielu godzinach drogi, padajac z wyczerpania i glodu dotarla do miejsca, w ktorym droga, ktora kroczyla, nagle rozwidlala sie na prawa i lewa drozke. Spogladajac w niebo, w krzyku zalu i smutku zawlolala: Boze Moj Boze, czemus mnie opuscil. I nagle odezwal sie glos: Nigdy Cie nie opuscilem. Zawsze kroczylem razem z Toba. Nagle mrowka odparla: zawsze, kiedy bylo mi ciezko, nigdy nie widzialam Twoich sladow kroczacych obok mnie. Glos odparl: bo wtedy, nioslem Cie na swoich rekach.
I wszystko zaczelo sie od nowa. Z dwoch przeciwleglych drog zrobila sie jedna, biegnaca w trzecim niz poprzednie dwie, kierunku na ktorej to rosly juz inne kwiaty, ziola i rosliny. Wszystko bylo inne niz to, co do tej pory spotykala na swojej drodze. Pewnego dnia z za zakretu wylonil sie widok rowniny. Obejrzawszy sie za siebie mrowka zobaczyla, ze dolina z ktorej tak bardzo chciala sie wydostac zostala daleko za nia. Pomyslala: teraz to jest moj swiat. Chce tu nalezec i znalezc miejsce, w ktorym bede mogla zbudowac swoj dom. W poszukiwaniu tego jedynego miejsca natrafila na grob, na ktorego plycie widnial napis: PRZEZNACZENIE. Po raz kolejny zrozumiala, ze ‚ten swiat’ do ktorego tak bardzo pragnela sie dostac nie jest miejscem jej przeznaczenia lecz droga. Ze spuszczona glowa odeszla juz nie tak dumnie w kierunku, z ktorego slonce witalo budzace sie zycie. W swoich rozmyslaniach zdala sobie sprawe, ze gdziekolwiek nie pojdzie, zawsze beda jej towarzyszyc wspomnienia o tych co byli, sa i tych ktorzy odeszli. Ze nie da sie wrocic straconych chwil. Odwrociwszy sie za siebie zaplakala i pierwszym promykiem slonca, oddala duszy wolnosc’.
Mam nadzieje, ze odnalazla spokoj.

GREENBERG’S

1 komentarz

Zaczynam powolne pakowanie. Spisywanie i wkladanie do walizki rzeczy, ktore cztery miesiace temu ze mna przyjechaly. Drobny inwentarz zajal mi okolo 3 godzin. Na wage wrzucielm tylko kilka rzeczy i jak narazie, jestem zadowolony. Mieszcze sie w limicie. Zobaczymy, jak bedzie gdy wrzuce calosc. Mam nadzieje, zmiescic sie w 100 dolarach za przesylke. A z drugiej strony… ehh sam juz nie wiem.
Ekscytacja z przeniesienia ma swoje plusy i minusy, wzloty i upadki. Z kazdym dniem odczuwam, ze jestem juz na to za stary. Zdaje sobie jednak sprawe z mozliwosci i pozytywow bycia w nowej sytuacji, wiec swoje jojczenie traktuje jako chwilowe zalamanie koniunktury na emocjonalnym rynku wtornym. Moj index ERW (Emocjonalny Rynek Wtorny) spadl wlasie o kilka punktow i ze zniecierpliwieniem czekam na hosse lub czesciowe odrobienie strat. Mam jednak powody do radosci, bo moj indeks glowny ZE (Zaspokojenie Emocjonalne) znajduje sie na takim samym poziomie nieprzerwalnie od kilkunastu dni, co dobrze wrozy, rozwijajacej sie gospodarce przy relokacji biznesu z San Diego na Karaiby. Wlasnie mam rozmowe konferencyjna z polska. Chyba juz nie, bo zerwalo polaczenie i teraz stracilem calkowicie kontaktaz. Moj Najwyzszy!!! Gdzie Ja jestem!!! Cistko nie bylo swieze, internet nie dziala bo nie ma sygnalu i jak Ja mam tutaj egzystowac??? Brak slow.

Wujek WIEDZMEN wyslal pismo przewodnie do biura. W przeciagu 2 godzin od wyslania maila, dostalem przeniesienie z San Diego i cudownej Riwiery Meksykanskiej na Karaiby. Szczerze mowiac nie spodziewalem sie tego transferu, bo wydostanie sie z tego zapomnianego miejsca na ziemi w ktorym jestem, graniczylo z cudem. No ale stalo sie. Wylatuje 30 sierpnia. Prace zaczynam 2 wrzesnia, tak wiec przez dwa dni bede mogl pozwiedzac sobie Floryde, przed dalsza czescia kontraktu. Jestem tak zmeczony oczekiwaniem na jakakolwiek decyzje czy informacje, ze nie mam nawet sily by sie cieszyc. Przede mna duzo pracy. Pakowanie, wysylanie paczki z rzeczami dla dzieci i rodziny, ostatnie zakupy przed uziemieniem na poltora miesiaca bez dostepu do amerykanskich sklepow na Florydzie. Jednak nie martwie sie tym, bo i tak wiekszosc juz zostala zakupiona a dalsze sprawunki to tylko kosmetyczne dodatki. Znajac siebie pragne zauwazyc, ze wcale takimi nie beda, i zakupie wiecej niz potrzebuje, lub wiecej niz sobie obiecalem.
Po blizszym poznaniu z Pania K. czuje ze zyje. Kobieta do rany przyloz. Przypomina mi Pania I. z ktora mozna bylo konie krasc. Pani K. otrzymala ode mnie przezwisko ‚Rybcia’. To taki konspiracyjny przydomek ktory rozumiemy tylko my. Szalenstwo Pani K. i WIEDZMENA.
Wlasnie siedze w toalecie sluchajac sobie muzyki, bo moj wspolokator polozyl sie spac i nie chce mu przeszkadzac we snie. Widze, ze jest troche zazdrosny bo On czeka na transfer zony do San Diego. Mam nadzieje, ze najdalej w dniu w ktorym Ja bede wyjezdzal, Pan E. powita swoja malzonke, czego mu z calego serca zycze.
Najzabawniejsze w tym wszyskim jest to, ze nie wszyscy wiedza, ze wyjezdzam. Big Mamma i jej corka rowniez, bo gdyby wiedzialy, to by chcialy wskoczyc na moje miejsce ale z uwagi na ich zachowanie i postawe, nie byloby to najlepsze dla nikogo. Sa lepsi i madrzejsi. Nie ujmujac oczywiscie, ale z drugiej strony… to tylko moja opinia, z ktora nie kazdy musi sie zgodzic.

DEUS EX

Brak komentarzy

Ostatnio jakos mnie tak olsnilo, ze cos mi gdzies umknelo w moim zyciu. Spogladam na siebie i stwierdzam, ze faktycznie cos stracilem. W poszukiwaniu odpowiedzi na dreczace mnie pytanie nagle sie blokuje. I chyba wiem co jest nie tak. Nie chce zalowac straconych chwil czy szans jednak czasem zdarza mi sie popasc w zapomnienie. Odpalam papierosa jednego za drugim, slucham muzyki i… popadam w zapomnienie.

Wczoraj w pracy szefowa urzadzila nam wieczor pracownika. Byly filmy, jedzenie, jakies drinki i dobra zabawa. Po 14 godzinach w pracy, bylismy w stanie wytrzymac tylko do 2:30 w nocy. O tej godzinie stwierdzilismy zgodnym chorem, ze jestesmy padnieci i ze czas najwyzszy skonczyc impreze. Rozeszlismy sie do naszych apartamentow. Dzisiaj myslalem ze sie nie dobudze. Stoczylem niezla batalie ze soba, by wstac o 10. No nic. Jakos sie wyszykowalem i wyruszylem do kafejki internetowej. z updatowalem kompa i chyba cos schrzanilem. Przelaczylem wersje windowsa na basic. Zaraz musze sie zrestartowac i zobaczyc, czy to bylo tylko tymczasowe czy faktycznie permanentne przelaczenie.
Powoli zaczynam sie uczyc. Z przerazeniem stwierdzam, ze z kazdym dniem, mam coraz mniej czasu dla siebie i na siebie. Wstaje rano, ide na sniadanie, do pracy i p pracy do lozeczka. I tak dzien za dniem. Nawet nie mam czasu pomyslec nad ta cala monotonia. Nie jest jednak tak szaro, jakby sie moglo wydawac. Czasem tez swieci slonce. No i jest upal. Za kilka dni znowu bede w San Diego. Udam sie wtedy na zakupy. Musze sie odmozdzyc troche, bo z tymi kretami amerykanskimi idzie oszalec. Czasami zastanawiam sie, jak taki glupi narod jest w stanie tak dobrze funkcjonowac.
Powoli zaczynam tesknic za czasem wolnym i odpoczynkiem. Mam nadzieje, ze juz nie dlugo. Sobie pospie.

Nadszedł czas porządkowania i stabilizacji. Wraz z nowymi posunięciami, pojawiły się nowe problemy a w zasadzie przeszkody. Nie twierdzę, że są nie do przeskoczenia ale tak już chyba musi być, że ilekroć jedno sie skończy to drugie się zaczyna. Powoli startuję z procesem nauki i przygotowań do obrony pracy doktorskiej. Muszę się dowiedzieć datę końca kontraktu i wtedy bedę ustalał termin obrony. I tak to wszystko się kończy i nagle zaczyna. Płynnie i sprawnie. Chyba jednak wszystko ma jakiś sens.


  • RSS