Wpisy z okresu: 12.2006

Powinienem zadać pytanie – dlaczego. Rozsypane życie na tysiąc kawałków. Wiejący za oknem wiatr jawnie odzwierciedla zawieruchę w sercu. Znaczna utrata wiary, nadziei, wagi i optymizmu. Przybyło za to smutku, poczucie osamotnienia i opuszczenia. Nie potrafię zrozumieć wielu: tak, ale nie. Przynajmniej nie – dla Ciebie. Rozumiem że nie dla mnie, jednak nie potrafię zrozumieć wrzucania mnie w kąt. Stało się. I tak już w nim leżę, to czemu nie miałbym tam pozostać. Z korzyścią ale nie dla mnie.
Nie wiem za jakie grzechy, albo dlaczego Najwyższy mnie tak doświadcza, jakby chciał bym został świętym. Do świętych nie należę ani też nie chcę należeć. Zresztą Ja, jawnie przyznający się do swojej orientacji seksualnej, która raczej oficjalnie nawet przy wielu ‘podejrzanych’ Świętych spycha mnie na margines szarego człowieka, jakoś nie pasuję.
Spoglądam na swoje walizki. Nie chce m się pakować. Nie chce mi się już w ogóle wyjeżdżać. Chciałbym zasnąć. Przespać całe życie. Obudzić się tylko na jego kres. Ogarnia mnie zwątpienie. Chyba wybuduję sobie dom z wieloma parapetami, lub wielokondygnacyjny wieżowiec (bzdura bzdur, masło maślane – ale jakoś lepiej brzmi). Im wyżej tym lepiej. Bliżej Stwórcy. Ciśnienie zmiażdży płuca. I takie tam życie.
Przedstawienie musi trwać. 3 2 1 klaps. Koniec.

Kolejne wydawnictwo zamknęło przede mną swoje drzwi. Każde z nich twierdzi, że bla bla bla, wysoki poziom, bla bla bla ale niestety kontrowersyjny temat. A co do jasnej cholery kontrowersyjnego w psychologii. Mam dosyć tej moherowej RePubliki. Kolejny cios. Już powoli mam to wszystko głęboko w jelicie grubym, na granicy z cienkim.
Moje serce nadaje się do remontu – czegoś w stylu przeszczep. Nawet pakowanie swoich rzeczy przychodzi mi z trudem, nie mówiąc już o zapinaniu walizek (Pani Wali i Pani Kuferkowej). Do tego wszystkiego dochodzi zmęczenie i tęsknota. Może dam ogłoszenie do gazety w stylu: Rozpaczliwie szukam Luminalu albo Weronalu bez recepty. Kupię od razu minimum 80 tabletek.
Były sobie święta. Płaczliwe. Samotne. Może to ogłoszenie to faktycznie dobry pomysł? Jestem w miejscu, gdzie wszystko się zmienia, a Ja nie mogę zrobić najmniejszego kroku. Zupełnie tak, jakby to było moje przeznaczenie mimo, że tak nie jest. Boli mnie gardło. Płuca zaczynają się odzywać. Przynajmniej przepalanie działa. Nie odczuwam tak bardzo bólu psychicznego. Program skutecznego zagłuszania daje efekty. Nawet się śmierci nie boję. No bo i czego. Z resztą, łatwiej jest odejść niż żyć.

Czuję się dziwnie. Hehe strasznie dziwne określenie jak na samopoczucie. Wewnętrzne niezaspokojenie zmysłów, serca i ukołysania duszy. Spoglądając na niebo, wyobraziłem sobie świat bez ludzi. Tylko Ja. Spokój, cisza i Ja. Myślę, że świadomość, iż jest się samemu na świecie nie wywołuje u mnie tęsknoty za drugim człowiekiem. Nie muszę się zmuszać do uśmiechu do ludzi, którzy obdarzają mnie swoim uśmiechem. Nie musiałbym czekać i ze zniecierpliwieniem odliczać każdej złowieszczo brzmiącej sekundy. Z zapartym tchem wypatrywać każdej gwiazdy i cichutko nucić melodię tulącą serce do snu. Nie musiałbym brać wieczornego oddechu w pragnieniu, by obudzić się dnia następnego. Modlić się o lepsze jutro, by spotkać na drodze swego życia oparcie, którego podświadomie szukam.
Może to i przerażająca perspektywa w chwili, gdy życie ponownie wymyka mi się z rąk i słabnie nadzieja na dalszy ciąg podróży. Upiorna to kołysanka. Upiorna, ale moja.

NIEDOKOŃCZONE

1 komentarz

Zastanawiam się nad tym czy lepiej być czy nie być. W sensie czy istnieć. Tak w ogóle. Będąc w miejscu, z którego nie widać niczego, bo wszystko już jest nie napawa mnie większym optymizmem. Każdego dnia zastanawiam się czy to, do czego dążę jest rzeczywiście tym czego chcę a to czego chcę jest tym czego pragnę. Staram się dostrzec jakieś ukryte, nawet najmniejsze przekonanie co do słuszności swojego postępowania, jednak mam wrażenie, że zawsze dochodzę do tego samego miejsca, w którym notabene jestem.
Z większym lub teraz nawet i mniejszym przerażeniem obserwuję swoją alienację przed ludźmi. Coraz rzadziej obchodzi mnie to, co mówią. Ważniejsze jest to, że są. I choć to ich jestestwo jest namacalne, to jakoś i to sprawia, że zamykam się jeszcze bardziej. Brakuje mi dobrych chwil. Brakuje mi uśmiechu, wiary, nadziei. Widzę jak moje życie się zmienia. Jak uchodzi ostatni oddech miłości do siebie. Pojawia się pustka.

PUSTKA – TY

1 komentarz

‚- Dziwnie bronisz życia M. Nie poznaję Cię.
- Ile mam dni?’

Mam wrażenie, że moje życie na fundamentach sukcesu zaczyna się walić. Dobiegający mnie odgłos przypomina ten, jaki słyszałem w Glacier Bay na Alasce, gdy potężne bryły lodowca spadały do morza. Huk rozchodził się z kilkunasto sekundowym opóźnieniem i zdawał się informować obserwatora jak gdyby nigdy nic, że to co się słyszy, właśnie się zdarza.
Na uczelni ostatnia prosta. W końcu udało mi się poodkręcać to, co sprawiało kłopoty Radzie Naukowej. Najpierw spotkanie z szefową departamentu, potem z promotorem a na końcu z prorektorem. Potem krótka wizyta w szpitalu psychiatrycznym u profesora celem podpisania niezbędnych dokumentów i to w zasadzie było wszystko. Bieganina po sklepach, pakowanie i pędem na dworzec. 24 godzinna podróż i znowu nie dospanie.
Zamknięcie w sobie daje mi poczucie wewnętrznego spokoju. Takie refugium, do którego klucz, mam tylko Ja. Zastanawiam się, czy zrobiłoby to jakąkolwiek różnicę, gdyby go zgubił. W tej chwili, nie ma to większego znaczenia. Bo niby, dla kogo.

Ściska mnie w dołku. Żaden nerwoból. W zasadzie wciąż to samo.
Chyba zaczynam intensywnie dojrzewać. Podjęcie decyzji nie powiem, że będzie nie odwołalnie nieodwołalne. Myślę, że będzie pewnym przypieczętowaniem albo nawet zamurowaniem uczuć. Może tak będzie lepiej. Może … M

I znowu zamykam się w sobie. Raczej z wyboru niż przymusu. Wolę doświadczać wszystkiego tego co mnie spotyka, niż spychać na bok lub udawać, że to mnie nie dotyczy.
Powiedzmy, że mój nastrój powoli się poprawia. Sprawcą tego jest Mój Misiak, następnie mój promotor – który wreszcie się odnalazł na uczelni i z którym to mogę się skonsultować w sprawie doktoratu. No i na końcu została moja szefowa z Anglii, która od poniedziałku zacznie przydzielać kontrakty. Ufff. Nareszcie. A już myślałem, że się nie odezwie przed świętami. Nie chodzi o to, że nie lubię świąt, ale o fakt, że w zasadzie spędzałbym je sam. Fakt, że zawsze mogę liczyć na Panią M., Panią B. i Pana G., to mimo wszystko zawsze gdzieś ciągnie mnie w stronę, która jak na razie nie prowadzi do nikąd.
W poniedziałek jadę do Kijowa na kilka dni. Później pranie, pakowanie, badania i wylot. Po części znowu ucieczka, po części następny krok do realizacji marzeń. Migracji do Australii, pracy w zawodzie i stałego osadnictwa w jednym miejscu. Postawienie fundamentów pod dom, który będzie moim domem i do którego zawsze będę mógł wrócić. Mój spokój, cisza i myśli. Moje eldorado. Jeszcze tylko będzie mi brakowało Ciebie w nim i myślę, że to wszystko. Pozostanie wciąż jeszcze wiele do osiągnięcia, ale to już na dalszą przyszłość. Dalej tęsknię, jednak zaczynam się uśmiechać. Widocznie nie nienawidzisz mnie, jak myślałem. Kocham.

‚Przepraszam, że Cie opuściłem.’

Zadymiam się papierosami niczym huta Katowice (o ile ta, jeszcze istnieje). Palę jeden za drugim by nie czuć bólu. Od dawna wiem, że nie potrafię sobie radzić z uczuciami do osób, na których mi zależy, stąd – palę. I choć czuję, że w wyniku tego opadam z sił, lepsze to niż wewnętrzne przeżywanie tego, co prawdopodobnie już nie wróci.
Powiadają że wszystko się zmienia. Ale to nieprawda. Mam wrażenie, że to tylko moje serce bijąc, ukazuje mi jakiś postęp. Przypominają mi się wszystkie te chwile, gdy dźwigałem połowę ciężaru tego świata na swoich barkach, a drugie pół kobieta i mężczyźni mojego życia. Teraz czuję, że wszystko spłynęło na mnie. Przygniata mnie swoją wagą testując, ile jeszcze zniosę. Staram się nie zastanawiać nad jutrem. Jakoś nie mam siły. Jakaż to motywacja wiedząc, że wszystko to, czego pragnę jest troszkę dalej niż na wyciągnięcie ręki. I gdy tylko robię mały krok na przód, wszystko znowu się oddala. Powoli przestaje mi zależeć. Każdego dnia widzę, że to wszystko nie ma już większego sensu. Wewnętrznie staczam walkę z uczuciami, które utwierdziły mnie, że miłość daje wiele, ale zabiera znacznie więcej. Zamykam się w sobie przed światem w swoim własnym refugium. Przynajmniej jest moje. Mój ból. Moja tęsknota. Moje wspomnienia i moje serce. Tęsknie. M


  • RSS