Wpisy z okresu: 8.2005

Kolejna wizyta w szpitalu z Panem R. Jedna z ostatnich. Przed nim jeszcze 2 może 3 tygodnie życia. Negocjowałem, że co najmniej 4. Pani doktor kiwała głową przecząco i mówiła: 2 tygodnie. Dostałem receptę. Wróciłem do domu. Próbowałem pozbierać się by pójść jeszcze dziś do apteki. Z zaczerwienionymi oczyma poszedłem. Pani Magister w aptece, patrzyła się na mnie widząc, jakie lekarstwa kupuję. Chyba mi w duchu współczuła. Po powrocie, Pan R. poszedł spać. Wygląda tak, jakby już miał odejść. Zdaję sobie sprawę, że „koniec” nadejdzie prędzej czy później, lecz trudno jest się przygotować na ten moment. Bardzo trudno…

ONLY FEAR

6 komentarzy

Ziemia kręci się szybciej niż mi się zdawało. Pan R. poważnie choruje. Tak jak przypuszczałem – historia złośliwego przerzutu. Widzę jak powoli umiera. Tak na raty. Z każdym dniem obchodzi Go coraz mniej. Mimo ciągłych wizyt w szpitalu, chyba nie zdaje sobie sprawy z faktycznego stanu swojego zdrowia.
Pan G. wyjechał. Wreszcie odwiedziłem Pania W. Przy lapmce (chyba nawet kilku) wina, nad kawałkami melona i tępym wpatrywaniu się w telewizor na przemian jojczyliśmy nad istotą i sensem świata. To było wczoraj. Dziś powtórka z rozrywki tyle że Ja sam. Uciec i schować się przed dniem. Nie dostrzegać nocy. Wszystko mówi, że czas pożegnania zbliża się nieubłaganie. Mojego? A może Jego…

Zabrakło słów. To samo pożegnanie. Urwane spojrzenie. Jakaś łza. Ta sama tęsknota. Ale My, już nie tacy sami. Bardziej dojrzalsi, zamyśleni, wypatrujący brzegów kei. I nadal nic. Cisza. Spokój. Krzyk. Tęsknie jak cholera…

THE STORM

2 komentarzy

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Dzieci pojechały do siebie. Postanowiłem się spakować i też uciec z miejsca, które powinno zwać się domem, gdzie obecnie pomieszkuję a takowym raczej nie jest.
Sobota upłynęła pod znakiem ucieczki. Nie tylko tej z domu, ale również emocjonalnej. Urządziliśmy sobie z Panem G. wieczór filmowy. Poszedłem spać o jak zawsze nieprzyzwoitej porze. Niedziela zapowiadała się wspaniale. Poranne słońce dodawało otuchy, że będzie jeszcze lepiej. Nie było. Wizyta u Pani B., Pani G. i Pana I. pozwoliła na chwilę zapomnieć o sobotnim pożegnaniu z dziećmi i Mamą oraz Panią S. Dająca o sobie znać burza była tylko zapowiedzią tej, jaka rozegrała się później. Powaliło mnie na kolana. Wtulony w podusię usnąłem kwiląc niczym bezradne dziecko, czekające na ciepłą dłoń kogoś, kto daje poczucie bycia kochanym, bezpiecznym i tęsknotę, gdy tego brak. Dziś było jeszcze gorzej. Próbuję dojść do siebie po wczorajszym karaoke z Paniami F. i D. oraz Panami G. i R. i miksie win czerwonego z białym. Fizycznie się trzymam. Moje myśli płaczą. Serce krwawi. A ciało tęskni.

Przez ostatnie 4 tygodnie, czas płynął pod znakiem dzieci. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego poza jednym małym ‚ALE’. Wczoraj poraz pierwszy zwrócili się obydwoje do mnie per ‚TATO’. Cały czas Kyra Sirvan mówiła do Mnie Matin lub Martin, a Callan Sergen – Mamin. Aż mnie wbiło w ziemię, gdy usłyszałem za sobą wołanie: Tati, Tati zaczekaj, idziemy do Ciebie. Serce zabiło mi tak, jak w chwili kiedy to …
Nadal nie mogę wyjść z tego stanu euforii i ogólnego podekscytowania. Na dodatek przedwczoraj usiedliśmy z Mamą w drzwiach balkonu i rozmawiając na różne tematy, obserwowaliśmy pioruny. Kolejne doświadczenie, które myślę zmienia Moją Mamę i w jakiś sposób Mój pogląd na świat. Oby jak najwięcej pozytywów. Niech trwa co ma trwać, a czego ma nie być, to niech się nie stanie. Ot tak i poprostu. Żadnego bólu, łez i smutków. Tylko MIŁOŚĆ i DOBROĆ.
KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM.


  • RSS