Wpisy z okresu: 6.2005

TLK

1 komentarz

Ostatnie kilka dni spędziłem z Daną International. Muszę przyznać, że jest niesamowitą kobietą. Szalenie rozrywkową, nieco roztrzepaną, pełną energii i niezmierzonych pokładów humoru. Wystarczyło zamienić na początku kilka zdań, by nawiązać nić sympatii i znaleźć wspólny język. Kiedy jechaliśmy już do domu (każde do swojego) nasze głośne zachowanie bądź co bądź późną już wieczorową porą, wzbudziło zainteresowanie jednej z pasażerek która również znajdowała się na pokładzie mechanicznego pojazdu. Po wymianie wzajemnych uprzejmości współpasażera zapytała z rozbrajającym spokojem, czy już minęliśmy miasto, które za choinkę i jakkolwiek by nie spojrzeć, nie znajdowało się na naszej trasie. Na koniec stwierdziła, że i tak celem jej podróży jest końcowa miejscowość destynacji i że pierwsi się pożegnamy. Wzruszyliśmy z Daną ramionami i uśmiechnęliśmy się sztucznie, powstrzymując salwy śmiechu na widok… dwóch wałków we włosach na grzywce. Pani starsza wyglądała, jakby miała dysze wydechowe albo jak Snoork z popularnej kreskówki. Na samą myśl aż płakać mi się chce ze śmiechu. No więc Pani Snoork w pewnym momencie podróży stwierdziła, że Ona i tak ewakuuje się wcześniej bo właśnie tam dokąd się zbliżaliśmy, stanowi jej cel podróży. A mówią że to Ja jestem taki dziwny.
Dana wróciła do siebie, Ja do siebie. Podczas wojaży ostatnich dni, towarzyszyła (jeśli jest to stosowne słowo) nam Catherine Deneuve i Pan G. Pani Deneuve czasami nie mogła już słuchać zjadliwych komentarzy Dany i ironicznych uwag z mojej strony, jednak nie jest taką „sztywniarą” za jaką niektórzy ją zapewne uważają.
A teraz co? Powrót do rzeczywistości. Pisanie czeka.

Końcówka pracy doktorskiej i końcówka autoreferatu do niej. Wypalenie psychiczne. Zmęczenie maksymalne. Brak chęci do robienia czegokolwiek. Brak radości, nastroju i humoru. Jest źle, ale nie najgorzej. Bywało tragiczniej, ale jest ciężko. Boże! Czy Ty naprawdę istniejesz? Miss You Buddy.

No i już jestem po kąpieli. Zerknąłem przez okno na niebo a na nim rozpalony księżyc, bardziej wołający o szklankę wody by go zagasić aniżeli rozdający spokojny sen. Wczorajszy wiatr przyniósł orzeźwienie, ale jednocześnie przywiał podenerwowanie i ogólne rozbicie. W środku aż we mnie kipi. Nastrój dalej taki sam. Podejrzewam, że to tym razem z przemęczenia i z nerwówki związanej z finiszem pracy doktorskiej. Statystyka mi bokiem wychodzi, a analiza wyników zaczyna mnie już śmieszyć. Ileż można pisać o tym samym? Jak się tak patrzę na to, to stwierdzam że można, i to bardzo wiele. No tak, tyle chciałbym napisać a tu mi się wena twórcza skończyła. Chyba potrzebuję doładować swoje akumulatorki. Tak sobie dumając dochodzę do wniosku, że Pani O. mogłaby pełnić taką rolę. Rolę ładowarki. Niewyczerpane pokłady elektrolitów no i najważniejsze – dwie elektrody. To się nazywa poręczność.
Pani O.??? No to kiedy się widzimy???

Dzień za dniem. Wydaje mi się, ze jestem z kamienia i nie poddam się wpływowi czasu. Że pozostanę w stanie niewzruszenia przez całe życie. Im więcej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że w moim przypadku czas to uczucia i emocje. Jakkolwiek jestem w stanie kontrolować swoje emocje, tak nie mogę tego samego powiedzieć o uczuciach.
Padł mi nastrój. Mimo faktu ogromnego zaangażowania w sprawy służbowe i naukowe, gdy mam chwilę czasu na pauzę już zauważam, co się ze mną dzieje. Nie próbuję się oszukiwać, że to alergia, albo, że to coś w powietrzu sprawia, że z oczu lecą łzy a z nosa katar. Nie jest źle. Przybywa mi pacjentów, w problemach mniejszości seksualnych czuję się jak ryba w wodzie, lecz mimo wszystko czegoś mi brak. Praca jest. Pieniążki są. Mam swój własny świat a prywatność i intymność cenię i bronię jej ponad wszystko. Ale jest, ‘ale’. Nie potrafię ukrywać dłużej mojej frustracji z powodu…. Cholera jasna. Czyżby znowu dopadło mnie to, przed czym uciekam? Na to wygląda. Znowu będzie bolało. Chyba się nie uodpornię na ten ból chyba, że przestanę uciekać i stanę twarzą w twarz z demonami przeszłości. Już drżę przed kolejnym starciem, bo czuję, że zbliża się nieubłaganie, a Ja nie jestem na nie jeszcze gotów.

‘Anyone who can touch You
Can hurt You or heal You
Anyone who can reach You
Can love You or leave You’

Czuję się właśnie tak. Taki potłuczony, poobijany przez wskazówki czasu. Jak na razie się trzymam, jednak nastrój siada mi od wczoraj. Jestem zły. Pan wie, że to o Pana chodzi. Jestem potwornie na Pana zły, wściekły i rozżalony. Wiem, że ktoś musi być silniejszy, ale czuję jakbym jechał na rezerwie z nadzieją, że nie zatrzymam się tuż przed celem. Nie puszczaj mojej dłoni. Nie pozwolę Panu odejść. Jeszcze nie teraz. Tym bardziej teraz…


  • RSS