Wpisy z okresu: 5.2005

Kładąc się o 22 spać, miałem na myśli przespanie gigantycznego bólu, jaki nawiedził moja głowę. Zasnąłem. To nic, że do tej pory zbudziłem się, co najmniej z 7 razy, i ze 4- wstałem. Tym razem nie wytrzymałem. Poszedłem do kuchni, wytoczyłem kromkę chleba, masło i dżem a na zagrychę pastylkę paracetamolu. Powoli zaczynam odczuwać napływającą ulgę, dla moich obolałych skroni. Za oknem deszcz, wiatr chłodny wieje, a w moim M1 temperatura bagatela 33 stopnie Celsjusza. Inaczej już spać nie mogę. Przecież nie zdejmę skóry. Uwielbiam upały i tropikalną pogodę, ale nie w sytuacjach, gdy jestem cierpiący. Przypomina mi to występ w sztuce, jaką wraz z koleżankami i kolegami napisaliśmy będąc jeszcze w liceum. Już nawet nie pamiętam czy to przypadkiem nie Ja grałem cierpienia młodego Wertera, skowycząc w spazmach bólu i histerii. Stanowczo protestuję. Nie jestem Werterem chociażby z kilku powodów. On zakochał się w niejakiej Lotce. Ja się kocham w I. Wiecznie nawijał o śmierci i nieszczęśliwej miłości. Ja- o wszelkiej maści gejach, lesbijkach i biseksualistach. No i na końcu bierze broń i strzela. A Ja??? Najnormalniej na świecie pastylkę paracetamolu. Powinienem jeszcze umieścić informację, że wszelkie podobieństwo do w/w cierpiętnika jest przypadkowe. Hmmm. Pomyślę nad tym.
Jejcie. Jak wspaniale pada deszcz. Szkoda jednak, że moje holenderskie tulipany nie wzeszły. Możliwe, że to wina Mojego ojca, który tak nadgorliwie uprawia ogródek, że wyrywa wszystko, co zielone. To by miało głębszy sens, bo przecież nie wszystkie kwiaty kiełkują od razu pączkami kwiatów. Nie dziwię się, że moja kochana Mama trzepnęła motyką i ogłosiła strajk. Teraz ojciec szaleje z kosiarką. Kosi wszystko, co popadnie. Wspaniałe jest życie emeryta. Panie Boże, jeśli i mnie podobne wyścigi czekają na starość, daj mi przynajmniej najnowszy model kosiarki z leż- Anką, barkiem, TV, komputerem, dostępem do internetu, toaletą, kuchnią (ostatecznie może być mini Mc Donald’s) no i co najważniejsze, świętym spokojem.

Tak nagle i dziwnie, życie mnie obudziło. Dociera do mnie powoli, że największą wartością w życiu jestem Ja. Codziennie daję część siebie i otrzymuję jakąś cząstkę innych. To właśnie sprawia, że staję się tym, kim jestem. Co do miłości to nie mam takiej pewności czy mogę…
No tak. Każdego dnia wszystko się zmienia. Dostrzegam nieubłagany, lecz postępujący czas. Kartki w kalendarzu i zmieniający się pejzaż za oknem. Pamiętam pewną rozmowę o przyszłości. Nie chce przepraszać za miłość. Za pierwsze spojrzenie, pierwsze muśnięcie dłoni, pierwszy pocałunek. Tym bardziej nie żałuję. Niedawno zdrówko dało mi popalić. Walka o każdy oddech uświadomiła mi, że nic nie jest trwałe i nic nie jest kruche. Wszystko ma swój cel, miejsce i przeznaczenie. Może trzeba było się poddać. Nie walczyć. Ale z drugiej strony, może już czas się uwolnić od tysiąca marzeń, w które każdej nocy wierzę.
„Right here, right now
I give my life to live again
I break free, take me
My everything I surrender all to You.”

Wreszcie zadekowałem się w domciu. W ciągu ostatnich czterech tygodni, przemierzyłem Europę wzdłuż i wszerz. Egzaminy na uczelni, wyjazd służbowy na wybrzeże, międzynarodowa konferencja w Hadze, zahaczając po drodze o: Warszawę, Berlin, Dortmund, Brukselę, Antwerpię, Rotterdam, Amsterdam, Leiden i Mój ukochany Utrecht. Plan konferencji był tak napięty, że z trudem znalazłem czas na zakupy. Pocieszam się jednak wizytami w restauracjach, do których chodziliśmy na lunche i obiady. Aż mnie zatkało, gdy zaserwowano ośmiornicę z małżami i warzywami, mięso z krokodyla, ślimaki smażone i frytki, przystawkę ze szparagów, karczochów, sałaty lodowej, pomidora i wszystko polane dresingiem. Na deser mus bananowy z czekoladą i bita śmietana, truskawka w czekoladzie, galaretce, dresing truskawkowy na ciepło, mus truskawkowy i gałkę lodów truskawkowych na kokosance. Do tego wszystkiego różane wino. Jednak odpadłem, gdy podsunięto mi pod nos baraninę. Wszystko by było oke, gdyby nie to, że strasznie śmierdziała no i że była na wpół krwista. To danie pozostało tknięte tylko dla tego, by jednak sprawdzić jak smakuje. Mały kęs wystarczył. Na przyszłość- Nie!!! Dziękuję. Baraniny nie jadam.
Będąc w Utrechcie, odwiedziłem swoich znajomych. Oczywiście nie omieszkałem nie zawitać do Matki Polki Holenderki od Gay- ów. Nie mogliśmy się nagadać. O ilości wypitego alkoholu nawet już nie wspomnę. No, bo nie ma się, czym szczycić.

Dzień przed moim powrotem do Polski, przyjechały dzieci. Codziennie biegają po schodach i wołają- Ja Cę do Martina. Gdzie jest Martin? Niesamowite uczucie, gdy się słyszy takie słowa z ust dzieci. Niesamowite. Znowu mnie dopada tęsknota. Bliżej niezdefiniowana, ale dosyć celnie trafiająca w mój czuły punkt. Ostatnio z Sową rozmawiałem na temat zadymiania serca. Czasami mam wrażenie, że moja klatka piersiowa przypomina hutę Katowice. Wszelkie moje dolegliwości albo opierają się na psychosomatyce albo na psychoimmunologii. Nic dodać nic ująć. To coś jest we mnie. Moje uczucia.

Niech się do jasnej cholery święci i ten cholerny skype. God bless skype bo Ja juz siły nie mam.


  • RSS