Nie specjalnie mi się spieszy z planowaniem wakacji a to z uwagi nadmiaru pracy oraz zaciągniętych zobowiązań w kilku obszarach mojego życia. Przede mną kolejne wizyty w szpitalu i powoli zaczynam się utwierdzać w przekonaniu że skoro operacje przeżyłem przeżyje i więcej. Ciekawe ile jeszcze i co dalej. Trudno powiedzieć co się jeszcz stanie ale wiem na pewno że większość idzie w dobrym kierunku. Ostatnio nawet pozwalam sobie na odrobinę humoru i uśmiechu. Pani K. zapytała mnie czy pojadę do FW na romatyczny weekend we dwoje a ja na to że najpierw trzeba mieć z kim, żeby planować dla dwojga. Chyba nie zaskoczyła ponieważ przeniosła się na inne miejsca. Bywa nie bywa ale nie zamierzam już więcej tłumaczyć.
W pracy zatrzymało mnie niedomaganie koleżanki przez którą to rozdzielono godziny pracy, wydłużając tym samym mój pobyt w pracy. Niby nic wielkiego a jednak trwa to już kolejny dzień z rzędu. Wszystko ma swój cel i zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Z utęsknieniem czekam na kilka dni wolnego by zregenerować swój organizm i naładować baterie. Tylko jakoś nie mogę znaleźć gniazdka.
Zajęło mi dobrych kilka dni powrotu do tak zwanej normalności i znowu coś nowego. Na sali operacyjnej traktowanie z najwyższymi honorami. Dużo uśmiechów i serdeczności. Na odchodne... do zobaczenia niebawem. Ciekawe a wręcz bardzo intrygujące. Dochodzę do wniosku że wolę żeby było jak jest niż coś jeszcze ma się zwalić na głowę. Cztery ściany, mój świat, moja przestrzeń i dni, które może i są policzone. Policzone, ale moje.
Wiedziałem od początku jak to się wszystko skończy. Starałem i nadal siebie oszukuje że jest i będzie inaczej chociaż i tak wiem co będzie dalej. Gdybym żałował tego co się stało nie było by mnie dzisiaj tu gdzie jestem. I nie chodzi o geografię ale o etap życia i osiągniecia których dokonałem.
Nie tak dawno miałem rozmowę z Panem L. któremu powiedziałem, że nie wiem ile mi jeszcze pozostało ale chcę się cieszyć tym co mam zachowując w sercu to co jest dla mnie najcenniejsze i radować się tym, co przynosi mi każdy dzień. I choć zdaję sobie sprawę że nie zawsze wygląda to dla obserwatora optymistycznie, dla mnie właśnie takie jest. Nie chcę nic zmieniać. Przynajmniej narazie. To że nie podskakuję z radości nie znaczy że się nie cieszę. Fakt że nie uśmiecham się często nie znaczy żę nie uśmiecham się w środku. Rzecz w tym że moja definicja szczęścia znacznie się różni od tego co ludzie chcieli by widzieć we mnie. Ja wolę widzieć siebie w lustrzanym odbiciu i wiedzieć że to wciąż jestem ja. Moje marzenia, radości i sukcesy dzięki którym wiem że wciąż żyję.
Fajerwerki trway piętnaście minut. Niezwykłe widowisko tuż w pierwszym rzędzie. Po powrocie do domu największą atrakcją i tak było łóżko do którego tęsknoty nie da się opisać a na którego widok wprost nie posiadałem się z radości. Oczywiście sztuczne ognie wystrzeliwane były jeszcze przez kilka następnych godzin. Zasnąłem w dobrym nastroju i jeszcze lepszym się opbudziłem. Dobre nastawienie na nowy początek roku.
W pracy minorowy nastrój. Od początku zmiany odliczałem godziny do jej końca i nagle weszła koleżanka przynosząc mi stertę dokumentów mówiąc że to koniec miesiąca, koniec roku i że powinny być one wypełnione, podpisane a tym bardziej że cisza i spokój dookoła. Zajęło mi to z dobre cztery godziny gdy nagle rozdzwoniły się telefony i pager zaczął brzęczeć. Pomyślałem że wspaniale się zapowiada. I tak było do samego końca. Potem biegiem do domu, obiad, lampka wina i świętowanie. W tym roku stwierdziłem że będę obchodził Nowy Rok dwa razy. Polski i tutejszy. W końcu mi się też coś od życia należy. Moje życie, moje świętowanie, moja radość i pomyślność.
Co za ulga. Dzień wolny błogosławieństwem rządu i pracodawcy. Dzień spędzony w salonie piękności przyniósł rezultaty. Czuję się znacznie lepiej a i wyglądam jakieś 5 lat młodziej. I najwazniejsze, że nie robię tego dla kogoś. Robię to dla siebie.